Avalon » Publicystyka » Artykuł

Reakcja Atomowa #25 - X-Men Gold #1




X-Men Gold #1 
Scenariusz: Marc Guggenheim 
Rysunki: Ardian Syaf 
Tusz: Jay Leisten 
Kolory: Frank Martin 

"Im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej pozostają takie same" to mantra przywoływana kilkakrotnie w tym zeszycie. Tytuł rozpoczynającej się tu historii brzmi "Back to Basics" – powrót do podstaw. Te dwa hasła razem składają się na filozofię stojącą za tą serią. "Patrzcie" – zdają się krzyczeć twórcy – "oto X-Men, jakich pamiętacie i kiedyś lubiliście". 
To nie jest zły pomysł na serię, ale wiele zależy od wykonania. Granica między snuciem nowych opowieści w klasycznym stylu i bezdusznym powielaniem zużytych schematów jest bardzo cienka. A jak to wyszło tutaj? 

Tydzień temu recenzowałem w tej kolumnie one-shot X-Men Prime, który był praktycznie numerem zerowym tej serii. Zwróciłem wtedy uwagę na to, że Guggenheim nawiązywał tam do Whedona (albo świadomie składał mu hołd, albo bezczelnie zżynał – wybór należy do Was), wykorzystując motyw Kitty wracającej do X-Men jako punktu startowego dla nowej serii. W tym tygodniu w nasze ręce trafia X-Men Gold #1, który... kontynuuje to nawiązywanie/hołdowanie/zżynanie. Oto X-Men wykorzystują starcie z przypadkowym przeciwnikiem, by przypomnieć światu, że są superbohaterami, a tymczasem pani w telewizji mówi coś szokującego o mutantach. (Co prawda słowa pani z tego zeszytu nie mają takiej mocy, jak deklaracja Kavity Rao o lekarstwie na mutację z Astonishing X-Men, ale wciąż – tych podobieństw do otwarcia runu Whedona jest zdecydowanie za dużo.) 

Ale to nie wszystko, co znajdziemy w tym numerze. Dostajemy tu również: A) Przebitkę z typowego, claremontowskiego mutanciego baseballa (co byłoby urocze, gdyby nie to, że Jeff Lemire wyprzedził Guggenheima, wrzucając taką scenę do ostatniego numeru Extraordinary X-Men). B) Kilka scen z postaciami podkreślającymi, jak to wszystko jest teraz inne, a jednocześnie nic się nie zmieniło, a jednocześnie po raz pierwszy od dawna są pełni nadziei. C) Wizytę urzędnika miejskiego, zapowiadającą, że motyw przeniesienia Instytutu do Central Parku będzie miał w przyszłości jakieś reperkusje (i dobrze). D) Scenkę z Danger Room, przywracającą na karty komiksów kolejnych dawno niewidzianych uczniów. (Cześć, Rockslide! Cześć, Armor!) E) Scenę z Kitty i Colossusem, do której wrócę za moment. 

A także F) epilog. Po otwarciu numeru walką z przypadkowym przeciwnikiem, by X-Men mogli przypomnieć światu, że są bohaterami, Guggenheim zamyka zeszyt atakiem kolejnych przypadkowych przeciwników, by X-Men mogli przypomnieć światu, że są bohaterami. 

I jak to wychodzi? Czy mamy tu nową opowieść w klasycznym stylu, czy może jednak bezduszne powielanie zużytych schematów? Cóż... obawiam się, że po trochu tego i tego. Nowa jest Kitty w roli przywódczyni. Niewątpliwie Guggenheimowi wyszło to, że mając do dyspozycji w sumie niewiele miejsca – na razie tylko Prime i ten zeszyt – pisze ją tak, że całkiem mnie przekonał do tego pomysłu. Co więcej, umieszczenie jej w tej roli jest również sposobem pozwalającym wyjaśnić, czemu skład drużyny jest taki konserwatywny (wszystkie postaci pochodzą z wczesnego Claremonta) – to naturalne, że Kitty otacza się tymi mutantami, z którymi jest najbardziej zżyta. (Choć chyba nieuważnie czytałem zapowiedzi, bo po X-Men Prime byłem pewien, że w drużynie będzie też Magik, a nigdzie jej tu nie ma). 
Bardzo dobrze wypada również scena Kitty i Colossusa z końcówki numeru. Wyszła niezręczna, bardzo naturalna i wiarygodna rozmowa dwojga ludzi, których kiedyś wiele łączyło, ale jedno z nich jest w pełni świadome, że nic już między nimi nie będzie, a drugie wciąż się łudzi.

Co w takim razie nie gra, skoro centralna postać jest dobrze poprowadzona? Nie chcę pisać "wszystko inne", to byłoby nie fair, ale kończyłem lekturę z takim właśnie uczuciem. Zaczynając od tego, że – świadomie czy nie – Guggenheim zdecydowanie kopiuje tu Whedona, przez to, że kilka kolejnych scen wypada drażniąco nienaturalnie. Tym gorzej, że znajdują się na samym początku. Scena z niechętnym tłumem ma być przejmująca, ale wypada absurdalnie. Tym bardziej, że w otwierającym numer monologu zostaje przywołane pytanie "czemu ludzie boją się akurat mutantów w świecie pełnym Inhumans, Avengers i ludzi-pająków", a odpowiedź – bo "mutanci rodzą się sami" – jest daleka od przekonującej. 

Otwierająca numer scena akcji również jest daleka od udanej. Nie będę się wdawał w rozważania pt. "czy Terrax dałby się tak łatwo pokonać" – ledwo znam tę postać, choć podskórnie czuję, że odpowiedź brzmi "nie". Ale jest tu taki moment, gdy Kitty każe Old Man Loganowi skoczyć z dachu, by dołączyć do toczącej się w powietrzu walki. Może to kwestia rysunków, ale to absolutnie nie wygląda na odległość, którą Logan powinien być w stanie pokonać. Chwilę potem mamy zresztą kadr, na którym Logan walczy z Terraxem – będąc cały czas w powietrzu. I może mógłbym to sobie wyjaśnić – że od momentu, w którym skoczył z dachu, był podtrzymywany mocą Storm albo Prestige (nowa ksywa Rachel Grey). Tyle tylko, że dookoła niego nie ma efektów działania mocy, żadnego powiewu wiatru czy różowej telekinezy. Więc ostatecznie dostaję komiks, w którym na starcie Logan lata bez słowa wyjaśnienia, a ja zostaję z wrażeniem, że twórcom nie zależało na tym, by ta scena miała sens. A jeśli im nie zależy na tym, żeby komiks miał sens, to czemu mi ma na tym komiksie zależeć? 

To prowadzi płynnie do kwestii rysunków. Ardian Syaf dobrze się zgrał z Guggenheimem, bo rysunki są tak samo nierówne, jak scenariusz. Sporo scen jest w porządku. W kilku coś bardzo nie gra, tak jak w wyżej opisanym wypadku. Ale jest też kilka kadrów blisko końca komiksu, które wyglądają, jakby artysta nie miał czasu, by je dokończyć, a postaci nagle otrzymują bardzo toporne twarze. 

Co jeszcze mogę dodać? Na końcu numeru umieszczono skrót historii X-Men, z naciskiem na losy Storm, Logana, Nightcrawlera i Rachel. Ktoś w Marvelu ewidentnie głęboko wierzy w to, że X-Men Gold może trafić w ręce tego mitycznego czytelnika, który pierwszy raz sięgnął po komiks o mutantach. To pewnie dość naiwne, ale i tak autorowi skrótu należą się brawa, bo zasadniczo upchnął 50 lat historii na paru stronach tak, by miało to ręce i nogi. Poza tym podoba mi się to, że miniaturki bohaterów serii wystają zza iksa na okładce (to samo jest na okładce wydanego dzisiaj All-New Wolverine #19, więc najwyraźniej cała x-linia będzie to miała). To fajnie nawiązuje do główek postaci, które Marvel kiedyś umieszczał w rogu okładki. 

I to jest X-Men Gold #1. Zeszyt, który obiecuje powrót do lat świetności X-Men. I nie da się ukryć, jest tu sporo dobrego. Wystarczająco dużo, by można było mieć nadzieję, że ta obietnica zostanie spełniona. A jednocześnie jest tu też tyle sygnałów alarmowych – scen trącących sztucznością i zwykłej wtórności – by mieć spore obawy co do przyszłości tej serii. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran

   


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.